Objaw COVID-19? Nudności.

Zlinczujcie mnie, albo sprowadźcie na dobre tory, jeśli nie mam racji, ale mnie ta cała sytuacja bardzo irytuje. I na pewno nie wyrażę się tu najpełniej jak się tylko da.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ktoś na tym wszystkim korzysta. Nie chodzi o to, że wszyscy jednakowo, w każdym kraju te same pobudki, po prostu pandemia, a potem epidemia, jest bardzo wygodna dla wielu grup wpływu.

Od początku całej tej paranoi, począwszy od znikających z półek rolek papieru i mydła w każdej postaci (kiedy zaraz obok półki uginają się od żelu pod prysznic), mam nieodparte wrażenie, że komuś jest to wszystko na rękę.

Podsyca mi to wszystko wszechobecne crowdfundingowe szaleństwo, taki WOŚP extra, tylko zamiast serduszek są homeofficeowe medale i ordery wirtualne w social media.

Szaleją też handlarze różnego rodzaju artykułów pierwszej potrzeby epidemiologicznej, a gdzieś w cieniu tego wszystkiego niestrudzeni lekarze i personel medyczny cicho umykają uwadze, niewyspani i na skraju wyczerpania fizycznego.

Bo jest epidemia. Bo koronawirus jest ciężki, ujawnia się późno i zabija.

Tak samo zabija, jak rak.

Albo grypa.

Albo wypadki.

Dochodzimy do magicznej liczby 10 ofiar COVID-19. Tymczasem na polskich drogach codziennie ginie 11 osób. Każdego dnia. To oznacza, że od początku marca zginęło ponad 250 osób.

Nie słyszałem jeszcze, żeby jakikolwiek rząd nakazał obywatelom siedzieć w domu chociaż 1 dzień w miesiącu, żeby uratować te 132 istnienia rocznie – nikogo to zwyczajnie nie obchodzi.

Nikogo też nie obchodzi to, że upadają biznesy, a osoby, których egzystencja często uzależnione jest od tych biznesów, znajdują się już na skraju rozpaczy. Chętnie zobaczę statystyki samobójstw w okresie wspaniałomyślnej mobilizacji. Ach, jak my uwielbiamy się mobilizować w beznadziejnych przypadkach – wspomnianej wcześniej Orkiestrze, raz w roku wrzucając 5zł do puszki, paradując z naklejką dumni jak pawie.

Tylko w pierwszej połowie marca na sezonową grypę zmarło 14 osób, pomimo odgórnych nakazów nie wychodzenia z domu. Grypę, ten łagodny zefirek w porównaniu do koronawirusa, zefirek, przy którego porównaniu do SARS-CoV-2 całe stada (nie, nie grupy, stada) zaczynają czerwienieć ze złości. Tak softowy wirus potrafi pochłonąć więcej ofiar. I nadal – nikt nie paraliżuje kraju, ‘bo wirus grypy’…

Żeby nie było wątpliwości: ja rozumiem całe to zamykanie sklepów, zakładów produkcyjnych i restauracji. Tylko jakoś nie potrafię się pogodzić z tym, że żebyśmy zaczęli myć ręce po wyjściu ze sracza, trzeba postawić świat do góry nogami. I zamiast zadeklarować realne rozwiązania dla tych, których odcinamy od możliwości przetrwania, dajemy jakieś śmieszne kredyty i odroczenia spłat, które nie są niczym nowym, a już na pewno nie nadzwyczajnym w tej nadzwyczajnej sytuacji.

Przeżyliśmy SARS (nie wszyscy), ptasią grypę (nie wszyscy), świńską grypę (nie wszyscy). Nie wszyscy przeżywają też zatrucia alkoholem, dopalaczami, głupotę kierowców na drogach, brak rozsądku budowlańców, zaczadzenia, pożary… Za tymi rzeczami stoją potężne liczby, ale świat się kręci. Tym razem przestał, a ja zastanawiam się co jest gorsze: to, że jako naród niczego się nie nauczyliśmy po tych wszystkich udrękach, czy to, że jak cała ta epidemia zostanie odwołana, to okaże się, że legislacyjnie żyjemy w państwie jednej partii, która do tej pory sama musiała wymyślać kryzysy odwracające uwagę. Tym razem koronawirus jest jak gwiazdka z nieba.

P.S.: Tym wszystkim, których zwoje różowej waty cukrowej w czaszce każą marzyć o końcu koronawirusa, który ginie marnie z rąk bohaterskiej ludzkości, przypominam: nie pokonamy i nie zniszczymy całkowicie koronawirusa. SARS, odzwierzęce grypy i inne takie straszne rzeczy występują dziś sezonowo i nikt się tym nie przejmuje. Ale może na jesieni przyda się jakaś zbiorowa panika. Komuś na pewno.