Rekrutacja marketingowca – nie rób tych 3 rzeczy!

Marketingowca… Prawie jak Komputerowca, czyli gościa od programowania/systemów/stron internetowych (niepotrzebne skreślić). Ale jakiś nagłówek trzeba było nakreślić. Być może przeczytasz za chwilę o wskazówkach, które odnoszą się do wielu pozycji w każdej wielkości firmie. Ja skupię się na tym, na czym się znam oraz na doświadczeniach, które sprawiły, że uśmiecham się ironicznie. Zaczynajmy!

#1 „Głupie pytania”

Podobno nie ma czegoś takiego jak „głupie pytanie”, ale są takie, które na rozmowie rekrutacyjnej pojawić się nie powinny. Spotkałem się z wieloma tego typu przypadkami. O jakie pytania chodzi? Przede wszystkim o takie, które zostały kiedyś opublikowane w przewspaniałych poradnikach dotyczących rekrutacji i sprawdzania ad hoc reakcji rekrutowanego na pytanie zaskakujące. O ile w niektórych sytuacjach takie pytanie jest zasadne, ponieważ wymagana jest umiejętność szybkiego reagowania na niestandardowe sytuacje (np. call center i napraaawdę dziwni rozmówcy), to niech przynajmniej pytanie będzie w jakiś sposób powiązane z rolą, jaką będzie pełnił pracownik w firmie. O wiele bardziej profesjonalnie jest zapytać o hipotetyczną sytuację, nawet najbardziej zakręconą, ale możliwą w realnej pracy na stanowisku, niż na przykład między pytaniem o wcześniejsze doświadczenie i krótką pogawędką po angielsku w celu sprawdzenia, czy kandydat nie nakłamał w CV nagle walnąć to:

Gdybyś był jogurtem, to jakim jogurtem byłbyś?

Uprzedzam, że w moich artykułach nie wysysam historii z palca, takie pytania naprawdę padały. Pisząc „pytania” mam na myśli liczbę mnogą, bo zaraz po odpowiedzi na pierwsze usłyszałem:

A gdybyś był ptakiem, to jakim ptakiem byłbyś?

Jeśli chcesz sprawdzić reakcję na niestandardowe wydarzenia, po prostu zapytaj o coś, co ma związek z pracą w dziale marketingu. Ta zasada tyczy każdej branży. Jeśli nie czujesz się na siłach w kwestii rekrutacji w marketingu, po prostu skontaktuj się ze mną, a ja Ci podpowiem.

#2 Doświadczenie w branży

Poszukując głównej księgowej do firmy produkcyjnej, fabryki znajdującej się w Specjalnej Strefie Ekonomicznej, selekcjonowałem CV osób nadsyłających zgłoszenia. W tym przypadku w mojej karcie oceny kandydatów znalazło się kilka pozycji świadczących o dopasowaniu kandydata do organizacji. Między innymi było to doświadczenie w prowadzeniu księgowości w SSE, czy doświadczenie w firmie produkcyjnej. Nie wymagałem tego, by firma, w której mieli okazję pracować Kandydaci, produkowała te same produkty, ponieważ nie rekrutowałem operatora maszyny, lecz osobę na stanowisko głównej księgowości. Oczekiwanie, że najlepszy marketingowiec to taki, który już pracował w firmie z naszej branży, jest błędne – z prostej przyczyny. Dobry marketing nie ma branży, tak jak dobra księgowość nie działa lepiej, kiedy produkuje się lodówki, a gorzej, kiedy produkuje się smartfony.

dopasowanie kandydata
Dopasowywanie kandydatów działających w zakresie marketingu pod względem doświadczenia w danej branży, jest jak szukanie hydraulika do naprawy rury w bloku, który specjalizuje się w naprawianiu rur w blokach, a nie w domkach jednorodzinnych.

Znów powołam się na doświadczenia: wiem, że tzw. softwarehousy nie lubią ludzi marketingu, którzy przychodzą do nich z innych branż, takich jak usługi, nieruchomości i inne. Pomimo bogatych doświadczeń, wyników, znajomości technicznych aspektów IT czy nawet przyjaznej postawy, brak doświadczenia potrafi być dużym problemem. Możesz mieć doświadczenie w robieniu świetnych rzeczy dla całej gamy klientów, w tym dużych portali, banków, usług piaskowania elewacji (sic!), a nawet branży kosmicznej – oooo nie, nie, kochaniutki, do nas w tym obuwiu nie wejdziesz…

Rekruterze, pamiętaj: marketing jest jak księgowość. Wymaga kreatywności, analitycznego myślenia, odpowiedniej strategii, ciągłego rozwoju i całe góry samozaparcia. Fajnie jest, jeśli znajdzie się ktoś, kto robił super rzeczy w podobnej firmie, ale zepchnij to na dalszy plan, bo dobry ekspert odnajdzie się w każdej sytuacji, bez znaczenia czy pracuje z programistami, czy pracownikami callcenter. Jeśli uzależnisz swoją decyzje od podobieństwa modelu biznesowego poprzedniego pracodawcy, możesz zyskać pracownika, który wie, co w trawie piszczy, ale prawdopodobnie nie powtórzy tego, co robił dobrze w poprzedniej firmie, bo nie może – za to może popełniać błędy częściej wybierając strategię bylejakości, lub będąc wypalonym monotonią swojej pracy dla tych samych modeli biznesowych.

#3 Budżet marketingowy

Pewnie wiele osób powiązanych z marketingiem i strategią oburzy się na moje oświadczenie, ale przykro mi – działam w interesie osób, które mają świetne podejście do rozwiązywania problemów, a spotykają się czasami z ograniczeniem umysłowym osób rekrutujących. Mowa o budżetach marketingowych i doświadczeniu w realizowaniu ich. Prawda numer jeden jest taka, że zdecydowana większość firm w Polsce, gdyby mogła, nie wydałaby ani złotówki na działania marketingowe. Pomimo tego, co się mówi o marketingu, jak bardzo jest ważny, Janusz Biznesu zawsze będzie negował zasadność istnienia jakiejkolwiek komórki odpowiedzialnej za marketing w organizacji. Trudno się dziwić, skoro tak ciężko jest niektórym używać mierzalnych metod kontroli swojej pracy, a wcale nie musi (a wręcz nie powinien) to być wskaźnik sprzedażowy.

Prawda numer dwa jest taka, że wielu rekrutujących (sam nie spotkałem się z innymi, ale „inni” prawdopodobnie istnieją) zakłada, że jeśli firma ma plany inwestować budżet na reklamę rzędu X PLN, to należy znaleźć osobę, która ma doświadczenie w wydawaniu takiej sumy pieniędzy.

W praktyce oznacza to, że jeśli „miałeś gdzieś” portfel inwestora, i bezmyślnie przepalałeś caaaaałą kasę na kliknięcia i lajki na facebooku, to jesteś słitaśny, a inni to już nie…

Jestem orędownikiem szacunku i odpowiedzialności w biznesie, i kiedy pytam „dlaczego tyle wydawaliście na reklamę?” to słyszę lub czytam: „dlatego, że mieliśmy taki budżet” – i aż wierzyć mi się nie chce, że bezmyślność sięga aż tak głęboko. Dokładnie tam, gdzie światło nie dochodzi, bo wychowane w warunkach korporacyjnych marketingowe trybiki, odsunięte od odpowiedzialności za działania na dystans wielu pięter biurowca od CEO, niekoniecznie czują na plecach odpowiedzialność za pieniądze, które wydają. Ja, to ja. Nie lubię bez sensu przepalać budżetu, ale zdarzyło mi się być zapytanym: co bym zrobił, gdybym miał do wydania 400 tysięcy złotych miesięcznie. I żałowałem, że nie narysowałem wtedy takiego obrazka:

Pobawimy się trochę w eksperyment Ascha: który wykres przedstawia lepsze wyniki? Chwila niepewności i odpowiedź: ŻADEN/OBA. Ktoś zapyta: dlaczego? Przecież lepiej się zarabia kiedy wkłada się więcej! Oczywiście, że tak, im więcej zainwestujemy, tym lepiej. Ale jak to się ma do umiejętności zarządzania budżetem? Nijak. Powiem więcej: łatwiej jest topić większe pieniądze w nietrafione działania, kiedy inwestuje się większe pieniądze w te same kanały. Jedyna różnica jest taka, że z dużym budżetem można sobie pozwolić na testowanie bardziej wyrafinowanych kanałów, droższych, takich jak video marketing – tyle, że w ostateczności tym co się liczy jest zwrot z inwestycji, a nie grubość portfela.

Chyba nie muszę mówić, że moja odpowiedź nie spodobała się osobom mnie rekrutującym, a moje podejście do budżetów marketingowych zostało odebrane jako poważna wątpliwość, czy sobie poradzę z wydawaniem cudzych pieniędzy. Ale ja po prostu nie muszę za cudze pieniądze jeździć na Seszele 😉

Morał z tego jest taki: jeśli kiedykolwiek przyjdzie Ci rekrutować kogokolwiek, kto ma wydawać budżetowe pieniądze na działania marketingowe, możesz zapytać o budżety, jakimi operował kandydat w swoim doświadczeniu, aby nie okazało się, że delikwent nigdy nie widział na oczy mediaplanu czy strategii. Jednak nigdy, ale to przenigdy nie skreślaj osób, które nie pracowały na budżecie marzeń zapowiadanym przez zarząd firmy. Skreślasz w ten sposób osoby, które doskonale radzą sobie ze zwinnym i responsywnym podejściem do strategii wydawania pieniędzy z budżetu. A przecież ci, którzy dziś zarządzają milionowymi kampaniami, też kiedyś nie mieli doświadczenia i jakoś musieli je zdobyć.

Pewnie byłoby tego jeszcze trochę – może będzie to materiał na kolejny artykuł.