Eksperyment HR

Jakiś czas temu mój profil na Linkedin zyskał nowe zdjęcie i fałszywe imię i nazwisko. Nie trwało to długo, bo jakieś 2 tygodnie, ale już Wam Piotruś opowiada dlaczego popełnił tak karygodny czyn…

Od kiedy nie pracuję jako dyrektor operacyjny u mojego byłego pracodawcy, wahałem się z decyzją o wznowieniu działalności gospodarczej. Nie po to, żeby nafajczać na etacie w softwarehousie na B2B, tylko żeby zrobić coś swojego. Mam ogromne doświadczenie w wielu aspektach, mogę być sam sobie szefem, marketingowcem, administracyjnym, finansowym no i sam siebie też zHRuję. Jednak coś mnie stale odwodziło od tej myśli, dlatego szukałem miejsca, gdzie będę mógł się zaczepić i nie przejadać oszczędności.

I tak szukam, od roku.
I jestem, kurdę, w ciężkim szoku.
Ale o tym później.

Zdarzyło mi się nawet przez chwilę ‚nafajczać’ w agencji na B2B, ale krótko (2 miesiące). Zdarzyło mi się nawet pracować… Jeden dzień. Zanim kolega szwagra szefa, co 20 lat robi Allegro stwierdził, że jak nie robisz Allegro to nie umisz w e-Commerce. I po kilku godzinach dostałem łapówkę za milczenie, że nic się nie stało. Jedną ofertę pracy też odrzuciłem, ale uwierzcie mi, miałem swoje powody 😉

Cały ostatni rok poświęciłem na poszukiwania pracodawcy, najpierw w małym mieście powiatowym, potem w innym mieście, aż w końcu trafiłem do Wrocławia, gdzie perspektywy rozwoju powinny być duże. I wtedy wpadłem na pomysł EKSPERYMENTU HR.

Ponieważ wszystkie działania były dokładnie zaplanowane i kierowane zdrowym rozsądkiem:

a nie paniką, która jest dziś tak powszechna, i która doprowadza mnie do wrzenia, także tym razem postanowiłem wszystko dokładnie przemyśleć. Celem mojego eksperymentu było zbadanie, czy brak sukcesu w przekonywaniu moich potencjalnych pracodawców do zatrudnienia mnie wynika z braku doświadczenia, czy wręcz przeciwnie – z jego nadmiaru. Z moich wcześniejszych doświadczeń wynikało, że rekruterzy, którzy dawali mi jakikolwiek merytoryczny feedback, najczęściej wskazywali ‚brak doświadczenia’, co np. w perspektywie dekady mojej intensywnej działalności content-, online-, PPC-, i social-marketingowej wydaje się być zabawne. Pomimo tego, że międzynarodowe firmy zwykle dawały mi zgoła odmienny komunikat, i zawsze docierałem do ostatecznego etapu rekrutacji, założyłem jednak, że rekruterzy nie kłamią i jednak brakuje mi tego doświadczenia. Jakiego? Wąskiego, soczewkującego na konkretne działanie, np tylko pisanie treści, albo tylko SEO, albo wyłącznie social media, czy jedynie kampanie Google Ads…

Stworzyłem zatem CV od nowa, usuwając z niego wszystkie informacje dotyczące odpowiedzialności managerskiej. Nazwy stanowisk także zmieniłem, żeby nie odstraszały osób szukających specjalistów. Max koordynator i będzie super. Zmieniłem też dane na Linkedin i we wszystkich możliwych miejscach, o których sam pamiętałem. Nie stworzyłem nowego, lepszego siebie – wręcz przeciwnie. Ugiąłem kolano, posypałem głowę popiołem.

Umniejszyłem swoją rolę w firmach, których nie tylko sam zakasałem rękawy do roboty, ale też pomagałem zakasać je członkom zespołów, którym przewodziłem, a także kierowałem podwykonawcami, którzy potrzebują wizji i jasnej komunikacji w codziennym dostarczaniu usług.

Abstrahując od faktu, że do tej pory wysłałem CV prawie 500 razy (sic!), tego dnia wysłałem tylko dwa.

Następnego dnia, powiedzmy, że w dniu I, otrzymuję telefon: zapraszamy na rozmowę ws. pracy na stanowisko specjalisty ds. marketingu. Umawiamy się na dzień II.

W dniu II odbywamy miłą, jak zawsze rozmowę. Okazuje się, że zapomniałem o jakimś starym profilu GoldenLine, w którym widnieję jeszcze jako marketing manager. Na prośbę wyjaśniam sytuację: tak, miewałem stanowiska kierownicze, ale nie czuję się na siłach, żeby kierować marketingiem, chcę jeszcze nazbierać doświadczenia i się wyspecjalizować. Odpowiedź jest szczera, więc zostaje zaakceptowana. Zostaję uprzedzony o konieczności rozwiązania Case’a – świetnie, uwielbiam pokazywać jak rozwiązałbym zadany problem. Case wysyłam kilka godzin po otrzymaniu – jeszcze tego samego dnia otrzymuję telefon z prośbą o kolejną rozmowę jutro, w dzień III. Zgadzam się.

Dzień III – w trakcie rozmowy od razu zostaje podjęta decyzja o przyjęciu mnie na stanowisko.

Eksperyment się powiódł? To zależy.

Zdobyłem pracę w 4 dni, chociaż przez ostatni rok poszukiwania były mizerne.

Zdobyłem pracę całkiem dobrze płatną. Taką, do której chętnie chodziłbym przez najbliższe 2 lata, zanim zdecydowałbym się na zmianę (rozwój przede wszystkim). Pracę, w której dawałbym od siebie wiele, godząc się na to, że w CV jakoś tak dziwnie by to wyglądało (CV zawsze można dostosować do stanowiska, wszyscy tak robią, byle by nie kłamać, że ma się pewne kompetencje i doświadczenia, podczas gdy ich się nie ma).

W dniu, w którym mieliśmy podpisywać umowę, skorzystałem z okazji, że byłem sam na sam z bezpośrednią przełożoną, więc mówię:

Słuchaj. Żeby potem nie było jakichś dziwnych akcji. Kiedy przyniosę Wam dokumenty z poprzednich miejsc pracy, nie zdziwcie się nazwami stanowisk, które widnieją na papierach. Dla mnie nieważne jest jak się nazywa stanowisko, bo każda firma ma inne struktury, i nie ma możliwości porównywać poziomów managerskich w kilku przedsiębiorstwach. Tam [w papierach] mam nawet stanowisko dyrektora, ale chcę u Was pracować i nie mam z tym proble…
– Spoko, spoko, nie przejmuj się…

I na tym się gwałtownie skończył temat. Fajnie – pomyślałem naiwnie.

Jak się potem okazało, zupełnie naiwnie. Po niespełna 9 dniach pracy (przynajmniej więcej niż jeden, he he) i wprowadzeniu stanu pandemii w Polsce nagle panika pojawiła się w serduszkach osób decyzyjnych. Nie będę się wdawał w szczegóły, ale pod osłoną obaw o tajemnice przedsiębiorstwa zostałem posądzony o… brak doświadczenia! 🙂 Brzmi znajomo?

Kazano mi udowadniać, że w moim życiu zawodowym pełnym doświadczeń marketingowych, potrafię ‚prowadzić’ profil firmowy na Linkedin. Prowadzić profil, to znaczy tworzyć treści postów i publikować. Nawet nie reklamować w kampanii płatnej, tylko prowadzić.

W moim stylu byłby do tego jeszcze audyt poprzedzający, długoterminowe planowanie publikacji, kategorii postów dostosowanych do audiencji itp. Ale tu chodziło niby o zwykłe prowadzenie profilu na LI. Niby, bo między wierszami padały stwierdzenia o obawie przed wyciekiem wrażliwych danych i braku zaufania. Czaicie? 🙂

Brak doświadczenia był argumentem fasadowym obaw, że ja, Piotr Kulka, jestem szpiegiem jakiejś bliżej nieokreślonej firmy. Szpiegiem, który ma za zadanie zatrudnić się w firmie X, i wykraść tajemnice firmowe.

Mam swoją dumę, nie mam zamiaru tłumaczyć się z absurdalnych rzeczy, a mówiąc to sam nie wiem co mam na myśli – czy publikowanie contentu na social mediach, czy bycie agentem jej królewskiej mości… Podpisałem zatem papiery i rozdzieliliśmy swoje drogi pod osłoną kryzysu koronawirusowego.

Czy mój eksperyment się udał? Tak. Dostałem pracę, ale równie szybko ją straciłem.

Nadal też pozostaje nierozwiązane pytanie: czy brak sukcesu w przekonywaniu moich potencjalnych pracodawców do zatrudnienia mnie wynika z braku doświadczenia, czy wręcz przeciwnie – z jego nadmiaru?