Dlaczego święte krowy nie są takie święte?

Święte krowy. Dziś o nich. Widuję ostatnio sporo treści na LinkedIn, w której na kilometr da się wyczuć specyficzną niemoc w zrozumieniu, że rzeczy nie dzieją się z przypadku. Nic, co daje się zaobserwować od relatywnie dłuższego czasu, nie jest przypadkiem. Jednak znaczna grupa osób o, wydawać by się mogło, szerokich horyzontach myślowych i doświadczeniu życiowym, daje się uwikłać w symplifikacje i stereotypowe skróty myślowe.

Dlaczego święte krowy?

Od tysięcy lat w Indiach istnieje specyficzny konstrukt, który my, ludzie cywilizacji zachodu, zwykliśmy nazywać ‚świętymi krowami’. ‚Święte’ – znaczy religia! Nic bardziej mylnego. Kojarzone z wierzeniami krowy, które radośnie przechadzają się między straganami bazarów, jedząc wszystko, co zapragną (bo nikt im nie zabroni), to zwykle chude sztuki, z widocznymi żebrami i… Okropnie wystającymi miednicami.

Nam, Europejczykom, robi się smutno na ten widok, ale spokojnie. Faktem jest, że owe krówki mają się świetnie, o czym świadczy też ich przywilej wyżerki na bazarze…

Przejdźmy na chwilę do Indii. Pod rządami natywnymi, potem jako kolonia brytyjska, Indie cały czas były krajem słabo uprzemysłowionym, a ich głównym źródłem utrzymania było rolnictwo (i może nadal tak jest). W niezmechanizowanej gospodarce rolnej głównym źródłem utrzymania rodziny jest ziemia. Ziemia, którą kultywują własnymi rękami, lub… Przy pomocy wołów. Potężnych, umięśnionych byków. Wiecie, radło, wół i hejta wiśta!

Połączmy kropki

Skoro ziemia daje życie, przysłowiowy ‚chleb’ hinduskiej rodzinie, to statystycznemu Hindusowi do szczęścia potrzeba jedynie wołu. Na świecie jest wiele ras bydła – jedne są mięsne, inne mleczne, inne pociągowe. Aż mną miota, jak o tym piszę, nie lubię traktować zwierząt przedmiotowo. Jedną z tych ras jest poczciwa, na pierwszy rzut oka mizerna krowa z bazaru. I te jej kości miedniczne! Aj! Biedna… Nie biedna. To właśnie ta krowa o biodrach niczym Beyonce z bulimią, jest wręcz idealną kandydatką do rodzenia wołów. Tych wielkich byków, które dają wyżywienie równie poczciwej, co ich rodzicielka, rodzinie Hindusów. Żaden Hindus szanujący naturę i życie swoje, swoich przodków, zdający sobie sprawę z roli, jaką odegrała poczciwa mućka, nie pomyśli nawet o tym, by skrzywdzić lub przegonić ją z bazaru, kiedy ta chce skosztować świeżej zieleniny z jego stoiska.

Nie, to nie religia, to pragmatyzm. I tak, religia to pragmatyzm. Wiem, to popieprzone. W czasach, kiedy jak nigdy chcielibyśmy, aby w szumie informacyjnym wszystko było proste i zrozumiałe. Ale prządek świata jest pragmatyczny, ma swoje korzenie w bardzo prozaicznych aspektach. Można założyć, że doskonale odzwierciedla je piramida potrzeb. Najważniejsze jest bezpieczeństwo, zatem hinduska rodzina będzie strzegła jak skarbu istoty, która daje im to bezpieczeństwo, daje im życie. Wydaje się, że im wyżej w piramidzie potrzeb znajduje się dany aspekt funkcjonowania, tym mniejsze zakorzenienie ma jego holograficzne odbicie w schematach, zrachowaniach.

Dajmy na to potrzeba akceptacji. Realizowana dziś na LinkedIn, Facebooku, Instagramie, TikTok, nie ma tak silnego ugruntowania w naszych schematach poznawczych, nie przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenia wiedzy o Social Selling Indeksie, choć pewnie dla niektórych użytkowników LinkedIn jest to niejako ta krowa rodząca woły. Ale jaka orka, taki wół. Co innego wiedza związana z przetrwaniem człowieka – co zrobić, żeby być akceptowanym w grupie społecznej, jak zakombinować, żeby mieć łatwiej w życiu, komu mówić o danych tematach, a kiedy trzymać język za zębami… Wszystko to pomaga nam przetrwać i nie może być traktowane jako przypadek.

Święte oburzenie

Dochodząc do konkluzji, nie ma co oburzać się i obrażać na świat za istnienie mechanizmów, które rządzą naszym życiem. One są i działają na nas, i jedyną drogą, żeby poradzić sobie z ich istnieniem, jest ich zrozumienie. Koronnym (he, he) przykładem jest stosunek do aktualnej sytuacji związanej z pandemią. Część osób nie radzi sobie z bieżącą sytuacją, podejmując skrajnie niedopasowane działania, które są kompletnie niepotrzebne i wynikają z niezrozumienia rzeczywistości. Kiedy nie możesz odnaleźć się w realiach, powstaje dysonans poznawczy lub wręcz anomia, zamiast racjonalnego myślenia włącza się ślepe zawierzanie źródłom, które wydają się wiarygodne. Stajemy się wygodni, nie wysilamy się, by zrozumieć świat, bierzemy wszystko za dobrą monetę. A wtedy stajemy się podatni na wszelkiego rodzaju manipulacje, reagujemy emocjonalnie, łatwo poddajemy się wpływom.

  • Tracimy pracę, bo koronawirus – panikujemy i robimy glupoty, żeby wrócić na dobrze znane tory.
  • Przed nami wizja niepewnego jutra w biznesie – zwalniamy ludzi mailem i jak domek z kart rujnujemy reputację firmy jako pracodawcy.
  • Mamy kryzys wiary w siebie i swoje umiejętności – dajemy się wodzić za nos Guru z Muru (podkradam określenie, bo pasuje).
  • Obserwujemy lawinę lamentu ludzi, którzy stracili pracę – przyklaskujemy każdej pseudopomocy i nadestymujemy deklarowane przez pomocowe inicjatywy wyniki, służące autoreklamie.

I tak dalej, i inne takie, takie…

Co należy zrobić?

Jeśli zależy Ci na tym, by zachować zdrowy rozsądek, niewiele. Jedyną zmianą, jakiej możemy dokonać dziś, by zrewolucjonizować świat jutro, to zmiana w nas samych. Nic nie kosztuje zatrzymanie się na chwilę, zrobienie kroku w tył, spojrzenie na siebie i sytuacje, w których się znajdujemy, z dystansu. Próba obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość może być najlepszą rzeczą, jaką w ostatnim czasie zrobiłaś/eś. Zacznij sobie zadawać pytanie ‚dlaczego?’, a wiele aspektów stanie się jasne i przeżyjesz coś na zasadzie efektu ‚łaaaaaaaaał’ – a potem? Potem już nic Cię nie zdziwi.

Włącz myślenie, bo inaczej święte krowy nadal będą po prostu święte 😉